O wstydzie słów kilka

wstydKilka tygodni temu, gdy zdarzyło mi się przetrzepywać Media Markt w poszukiwaniu gier na psa, które nie będą Batmanem, w którym utknęłam na kuriozalnej misji z czołgami Kobry, zamiast nowej gry udało mi się kupić książkę za 6,99 pln o bardzo chwytliwym tytule: „Wstydź się”. Generalnie książki to raczej kupuje niż czytuje, bo nie lubię mieszać towarzystw, a ekipa J.K. Rowling, Masłowska, Orwell, Palahniuk i Joyce Carol Oates w zupełności mi wystarczy.  Jednak w związku z faktem, iż Baśka tak opieszale od miesięcy pierdoli o swoich literackich sukcesach w postaci kilku pozycji na miesiąc, postanowiłam ten właśnie wstydliwy nabytek przeczytać. I tak wciągając się w rozprawę Jona Ronsona na temat ewolucji wstydu i ostracyzmu, zaczęłam sobie przypominać wszystkie swoje epickie niekomfortowe epizody.

W sumie jak każdemu z nas, mi również uczucie wstydu towarzyszyło od najmłodszych lat: bo do 5 roku życia prawie nie miałam włosów, bo zjebałam wszystkim przedszkolakom święta demaskując Panią Sprzątaczkę w roli Mikołaja, bo byłam jednym z tych creepy dzieci, które nosiły ta gumową przepaskę korekcyjną i okulary jak Stempień z 13 posterunku. Opuszczanie strefy komfortu pomimo, że tak częste, do dziś spędza mi sen z powiek- jak ta jebana miarka wzrostu w Makro, gdy nie masz 140 cm i stajesz na palcach, ale wiesz, że będziesz musiał zostać w tej okrutnej zagrodzie dla gówniaków oglądając podróbki Disneya.

Pamiętam swój szkolny horror, gdy ojciec robił mi śniadania do szkoły ze swoimi zajebiście aromatycznymi swojskimi wędlinami i do tego pakował je w zwykły woreczek śniadaniowy, a nie w luksusowy plastikowy pojemnik, jaki miały inne dzieci. I tak wyjmując kolejne książki z mojego modnego plecaka Enrico Benetti modliłam się w głowie, by nie trącić tych kanapek i tym samym narazić się na te nienawistne spojrzenia pozostałych dzieci, których rodzice po bożemu serowali im na śniadanie ser i pomidor.

Lata upokorzeń wcale nie przyniosły mi odporności na tego typy sytuacje- weźmy choćby zeszłoroczne urodziny Wiśni, gdy ustawiłam się z Emilą w galerii, żeby kupić jej prezent. I od lat wiadomo, że Wiśni najchętniej kupiłoby się knebel, ale chciałyśmy być serdeczne, więc postawiłyśmy na perfumy, które ja kupuję zawsze w sklepach internetowych, z dala od oceniającego wzroku sprzedawców.  Weszłyśmy do Douglasa, po czym Emila musiała wyjść odebrać telefon z pracy- zostałam sama. I już oddali widzę tą idealnie skrojoną zadzierającą nosa ekspedientkę, która już z pod kasy wyczuła mój nieudolnie nałożony eyeliner i podkład Maybelline z promocji w Rossmanie. Szła w moim kierunku, a w mojej głowie zwizualizowała się ta jebana lista kosmetyków do makijażu, którą Rzepa zrobiła mi 2 lata temu obiecując szkolenie z profesjonalnego make upu, na które miałam szczerze wyjebane, bo przecież w tamtym czasie miałam inne rzeczy do nadrobienia- odkąd wyprowadziła się moja siostra musiałam nauczyć się robić pranie. W tym momencie żałowałam, że nie skorzystałam z pomocy Rzepy, typiara była coraz bliżej, swoim wzrokiem totalnego potępienia mierząc już moje naznaczone 9 h pracy włosy, ja natomiast starałam się podbudować faktem, że jestem świeżo po botoxie, więc nie może być tak źle i w ogóle, przecież to ona powinna zabiegać o moja aprobatę, a nie a odwrót. Dotarła do mnie i z nieudolnie tuszowaną pogarną zapytała : „Czy mogę w czymś pomóc?”, co w rzeczywistości znaczyć miało: „Chyba się zgubiłaś, co ?”. Rozejrzałam się, Emila dalej gadała przez telefon…. Postanowiłam podjąć wyzwanie mówiąc, że szukam perfum, nakreślając tę dość charakterystyczną butelkę w kształcie buta. Typiara już całkowicie nie kryjąc się z pogardą spojrzała pytająco, więc szybko dodałam: to dla koleżanki. Typiara odetchnęła, jakby fakt, że mogłabym śmieć kupić je dla siebie był osobistym upadkiem marki Carolina Herrera, a ją oskarżono o współudział. Powiedziała, że ich nie mają, więc na szybkości zaczęłam przypominać sobie nazwę tej drugiej opcji, o której wspominała mi Emila, ale w tamtym momencie byłam zbyt zajęta robieniem 5 z kolei mema z Jopa i wutką, więc oczywiście nie potrafiłam jej wymówić. I gdy ekspedientka szykowała się do zadania nokautującego ciosu dla mojej niekompetencji w dziedzinie beauty, Emila w końcu przychodzi mi na ratunek w swoim perfekcyjnym makijażu, włosach nieskalanych syndromem poniedziałku i w tych wszystkich modnych łachach, którymi skutecznie przyćmiła nieskazitelny uniform ekspedientki. Typiara całkowicie zmienia ton, a ja mam ochotę niczym Wąski powiedzieć jej prosto w twarz: I kto jest debeściakiem teraz?

No i tak nieprzerwanie powstydzam się tymi wszystkimi niekomfortowymi sytuacjami, które los stawia na mej drodze, ale w sumie zawsze to lepiej mieć ten wstyd nich go nie mieć. I być tym kolorowym przedstawicielem pokolenia Y, o którym teraz pisze się książki, jakby zachęcenie ich do robienia czegoś więcej niż selfie na instagrama było naszym społecznym obowiązkiem. I tak, jak kiedyś w sumie nawet broniłam ich wobec tego całego woru gówna, którym obrzucają ich starsze pokolenia, tak dziś sama pakuje pokaźną dawkę łajna w te tą roszczeniową puszkę Pandory. Bo o ile fajnie wyciągnąć tą uniwersalną wiedzę z piosenek Gosi Andrzejewicz i znać swoją wartość, tak robienie z niej swojej doktryny życiowej jest już co najmniej niesmaczne.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s