Historia o tym, jak przestaliśmy rozmawiać

Zanim wyprawię się na 30-tkę po raz drugi, czas na małą refleksję.

slowluOd dobrych kilku dni mamy tą wątpliwą przyjemność przeżywać ten sam monodram, co te wszystkie faszionelki, którym trochę się przytyło, ale każdego ranka przeżywają śmierć kliniczną wciskając się w spodnie rozmiar 38, bo przecież noszenie 40 odbiera ci przywilej bycia człowiekiem. Ta pogoda jest jak te spodnie- każdego dnia doprowadza nas do powolnej śmierci w agonii, ale przecież jest lato, więc fun, instagram i szpan. Jednego z tych nieludzkich wieczorów, kiedy to postanowiłam, że Net-flix w domu jest jedyną niemasochistyczną opcją na odpoczynek, po zmordowaniu tego najnowszego sezonu OITNB błądziłam na krawędzi 2% baterii w AppStore. Na pierwszej stronie  pojawiła się historia ostatniego obrońcy relacji międzyludzkich nieograniczających się do emotikony „XD”. Była to przepiękna odpowiedź na wszechobecne instantowe życie w internecie, gdzie dawno zapomnieliśmy o istnieniu zdań złożonych i wypowiedzi dłuższych niż treść oldskulowego sms-a. Pamiętam swój pierwszy telefon na kartę, kiedy zawsze do powiedzenia było tak dużo, a bezlitosny limit 160 znaków i comiesięcznego doładowania na 30 zł nie pozwalał zbytnio poszaleć w kwestiach konwersacji.

Dziś mając niczym nieograniczone możliwości komunikacji, większość ludzi porywa się na jedno z moich ulubionych: „Co tam?”. I co ja mam ci kurwa odpisać na takie totalnie lamerskie zapytanie, które jedyne co ma na celu to z czystym sumieniem zrzucić ciężar rozmowy na tę drugą stronę, bo przecież ty zagadałeś. Za każdym jebanym razem łapię się na tym, że wkładam wysiłek w odpowiedź, dobieram słowa tak, żeby przypadkiem nie wyjść na nudziarę, ale z drugiej strony nie wchodzić zbytnio w szczegóły, bo przecież nikt nie lubi być zasypywany wyczerpującymi odpowiedziami, bo znów będzie musiał sobie zadać kreatywny trud wymyślenia pytania. I za każdym razem wychodzę na nadmuchaną kretynkę skwitowaną: „spoko xD”. Zastanawia mnie to, czy naprawdę kogokolwiek satysfakcjonują tego rodzaju rozmowy? Dla mnie jest to kompletna strata czasu i energii, wnosząca w moje życie tyle samo co studenciaki, które co roku w juwenalia śpiewają pod moim oknem „Wehikuł czasu”- poirytowanie i niesmak.  Oczywiście spiesząc z wyjaśnieniem – nie mówię tutaj o rozmowach ze znajomymi, którzy do moich znajomych długo by nie należeli serwując mi takie ciężkostrawne small talkie. Moje obserwacje są zasługą, a raczej winą Potocznej, która znając moją powszechną niechęć do portali randkowych w ten bardzo leniwie ciągnący się lipcowy czwartek namówiła mnie podjęcie wyzwania. Ściągnęłyśmy Badoo, bo zgodnie, z relacji naszych znajomych, będących weteranami tej profesji, wywnioskowałyśmy, że przedzieranie się przez tinderowe:„ruchasz się?” w poszukiwaniu jakiejkolwiek normalnej osoby będzie zbyt czasochłonne. To nie tak, że mam coś przeciwko portalom randkowym, słyszałam wiele pięknych historii o ludziach, którzy się tam poznali, zakochali i ustatkowali, ale to było kiedyś. Dla mnie to klikanie prawo lewo było tak samo nudne i bezsensowne jak „Nić widmo”, którą dogodziłam sobie w przedoscarowym przypływie sympatii. No więc dałam temu 48 h testu, bo argument, że chociaż będę miała o czym pisać, całkiem mnie przekonał, zwłaszcza że pierwszy bajerę podkręcił Sergio- typ, który był polsko-tureckim Dj Khalidem noszącym koszulki pod kolor samochodów (nie swoich oczywiście). No i na tym skończył się fun, działo się nic i znów więcej niczego, wszystko w tym samym, przewidywalnym jak filmy ze Stevene Seagalem, scenariuszu filmu klasy E. Nie oceniam- może gdybym dała temu więcej czasu…. Ale no nie oszukujmy się- brakuje mi go nawet na złożenie łóżka, którego stelaż oparty od tygodni o podłogę mój przypominający Hitlera kot już 2 razy zrzucił mi na głowę. Więc tym bardziej nie mam go na tyle, żeby silić się na kreatywne odpowiedzi na serię pytań z kwestionariuszy osobowych, które swój finał znajdą w tym patriarchalnym zadaniu domowym pt. „wyślij zdjęcie w całości”. Więc zakończyłam tę jakże ekscytująca przygodę, życząc innym szczęścia w poszukiwaniach, a samej zabijając czas oglądając nowe filmy vlogi Jakbyniepatrzec, bo pisanie o tym byłoby równie bezsensowne co kontynuacja tej farsy.

I teraz wrócę do początku tej treści, będącego zarazem happy endem tej historii, żeby nie było że jedyne co robię to uraczam czytelnika swoją ciężkostrawną frustracją. Odpowiedzią na te znienawidzone przeze mnie wydmuszki konwersacji była ta pięknie żółta ikona o kojącej nazwie Slowly. Cała idea polega na wyzbyciu się całkowicie nawyków współczesnych social mediów, opartych na tej pięknie opakowanej kreacji w postaci zdjęć, linków i wpisów, w których nie ma miejsca na brzydotę, nieszczęście czy nudę. To całe opakowanie sprawia, że zewsząd bije do nas ten wielki komunikat: „Nie jesteś wystarczający! Musisz robić więcej.”. I tak, zaraz każdy skwituje to tą zajebistą odpowiedzią na wszystko: miej wyjebane. Jasne, że miej, tylko podświadomie, w mniej lub bardziej intensywny sposób, oddziałuje to na każdego użytkownika sociali. I nie chodzi o to, żeby rezygnować z instagrama, bo przecież Nosowska wciąż prześmiesznie poznaje internet, żeby kasować facebooka i odbierać sobie poranną przyjemność z Vogule Poland. Tu raczej chodzi o zachowanie tej upartej trzeźwości, że to wszystko nigdy nie było na serio. Do tego dochodzi jeszcze odwieczny ból istnienia w postaci tych wiecznie roszczących sobie uwagę powiadomień: nowa wiadomość, nowy sms, nowe powiadomienie. I z jednej strony- masz wyjebane, jesteś zjarana Meg, która odkleja się na kanapie, z drugiej jednak strony zaczynasz wewnętrzną dyskusję: znów nie odpisze, pomyśli że olewam. No więc slowly daje nam możliwość wzięcia oddechu- nie ma zdjęć, nie ma tablicy czy follersów, jest sekcja „o mnie”, która ludzie naprawdę czytają, a ty nadal nie masz obligacji do jej wypełnienia. Przenosimy się w te archaiczne czasy pisania listów, na które rzeczywiście musisz czekać odpowiednio do odległości jaką list musiałby pokonać realną pocztą. Ze swoich słownych podróży zbieramy znaczki, które zastępują galerię zdjęć.  Zamiast fikcyjnych znajomych mamy listę tematów, na której podstawie dobieramy swoich listownych przyjaciół. I to naprawdę działa, z każdą kolejną osobą dając nam przeświadczenie, że nawet jeśli nigdy nie spotkamy jej w rzeczywistości to ten czas nie był zmarnowany, zaczynasz na nowo uczyć się, że rozmowa to nie tylko wymiana dymków. Możliwe, że jestem naiwna i trochę za bardzo daje się ponieść temu sprawnemu storytellingowi dodanemu do opisu aplikacji, ale jak to mówią: fuck it !

Powinnam zakończyć jakimś cennym przesłaniem, ale w sumie wszystko jest tam wyżej, napisane i poprzeklinane, a jak go tam nie znajdziecie to poszukajcie na moście Grunwaldzkim, ktoś zrobił tam równie patetyczny performance, ale w wersji kompaktowej.

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Connecting to %s