Wyprawka na 30-tkę cz.1

skarpetki biale vintage

i’m lost too

Rok temu z hakiem w imię spontanicznego przypływu gotówki, ale nie takiej oszczędzonej, bo przecież przed 30-tką tego rodzaju dwuznacznie przyjemne rozrywki, uprawiają tylko albo szczęśliwie urodzeni, gdy jakimś cudem zabraknie im pomysłów na wydawanie albo ten dziwaczny poukładany gatunek młodych przedsiębiorczych, do którego na pewno nie należę. No więc w myśl najmodniejszych trendów 2017 roku udało mi się dorwać bon na zasiedlenie, więc tuż po przebudzeniu z mojego weekendowego snu o Warszawie, który kosztował mnie blisko 800 zł za 2 doby, ale przecież „mi się należało”, postanowiłam dla odmiany zrobić coś dla siebie i kupiłam MacBooka. Kupiłam go, łudząc się, że będę jak Carrie Bradshaw co tydzień siadać do niego i pisać te wszystkie super pesymistyczne plątaniny słów, które od lat wypluwam z siebie do Internetu. Ściągnęłam nawet taki zajebisty edytor tekstu zwany OmmWriter, w którym lamerski klik klawiatury zastąpiony jest oldskulowym pełnym klikiem lat 90-tych lub maszynowym sznytem. Program odpaliłam raz… przez przypadek, kiedy w poszukiwaniu zdjęć Damiana z jego urodzin w McDonald’s, kliknęłam nie tą ikonę i przez kolejne 20 minut wkurwiałam się klikając na oślep przy dźwiękach tej zjebanej maszyny do pisania, bezskutecznie próbując go zamknąć. A tekstów napisałam od tego czasu całe 1 i nawet Jopie nie chciało się go czytać, bo „za długi i nie o niej”. No i przechodząc do sedna: te ostatnie kilka lat przed 30 zdaje się być czasem wzmożonych, robionych na prędce zakupów/ życiowych zmian i obietnic, jakbyśmy byli w obowiązku wejścia w ten graniczny wiek dorosłości z tak samo dorodną wyprawką jaką miały nasze matki wychodząc za mąż. Tylko o ile pościel z pierza, posrebrzane sztućce i haftowane obrusy mogą się jeszcze na coś przydać, to 25-letni kredyt na mieszkanie zdaje się całkowicie nieprzydatny w celebrowaniu ostatnich lat młodości.

JEDZENIE

taka grbaAle zamiast babrać się w tak zaawansowanych zobowiązaniach zacznijmy od prostszych rzeczy, jak choćby jedzenie. W tym wieku nie będziesz jeść śmieci i nie chodzi wcale o deklarację zdrowego życia w imię wciąż słabnącego metabolizmu, po prostu jedzenie na kolacje dżiuseppe albo sera w ziołach w świecie zdominowanym przez jarmuż, czarnuszkę i smoothie z imbirem, to już społeczne samobójstwo. Zapomnij o pospolitym zabijaniu głodu, myśl globalnie, działaj lokalnie, bo przecież przeceniona mrożona panga z Tesco, nie zawojuje Instagrama.

No więc zaczynasz od podstaw: kupujesz dietę Ewy Chodakowskiej, jedną z tych super spersonalizowanych, gdzie po pytaniu o imię, płeć i wagę Ewa zmienia twoje życie o 180 stopni. Po 2 dniach oczekiwania w końcu dostajesz swój jadłospis, który przy suto zastawionym stole twojej ostatniej węglowodanowej wieczerzy, analizujesz z podnieceniem, oczami wyobraźni będąc już minus te 8 kilogramów, które Ewa obiecała ci zgubić. No i zaczyna się zabawa: idziesz do sklepu i od razu z pierdolnieciem zdobywasz dział warzywa/owoce, wrzucając jak popadnie: cukinie, awokado, 5 pęczków rzodkiewki, pietruszka, koperek, szpinak, granat itd. Itd. W międzyczasie mijają cię inni zakupowicze, którzy zapewne zastanawiają się czy otwierasz warzywniak czy jesteś kolejnym wyznawcą postu Dąbrowskiej, ale tak naprawdę nic ich to nie obchodzi. Ty natomiast czujesz się jeszcze bardziej zmotywowana ich, jak ci się wydaje, zazdrosnymi spojrzeniami. „Niech wiedzą” powtarzasz sobie w głowie dorzucając kolejne awokado, które zapewne ci się zepsuje, bo twoje starcie z tym owocem przypomina tą nierówną walkę Polaków z mundialem Awokado:10 Ty: 0. Po zakupach wracasz dumnie do domu, wypakowujesz zakupy i zaczynasz opadać z sił, więc dajesz sobie jeszcze dzień zapasu na wdrożenie, bo przecież dałaś z siebie wszystko, więc możesz nagrodzić. Na kolacje nie jesz parówek, jesz berlinki z resztą zakazanego owocu w postaci bułki pszennej z masłem i pomidorem, co by nie przesadzać z rozpustą.

Kolejnego dnia nie masz już wymówek, więc zaglądasz do jadłospisu i swój wolny czas po 9 godzinach pracy spędzasz walcząc z przygotowaniem tych super prostych posiłków, które już za 10 godzin dźwigać będziesz na przystanek tramwajowy, bo podróż do pracy rowerem to już byłoby serio przegięcie. Po 3 godzinach krojenia, obierania i czytania instrukcji tej nowej zajebistej kuchenki „idiot friendly”, którą kupił ci ojciec, zostaje ci już tylko przygotować wysoce spalające smoothie z pomarańczy, kiwi i pietruszki. Ale gdy zadowolona otwierasz szufladę w poszukiwaniu blendera przypominasz sobie wizytę ojca sprzed 2 tygodni, kiedy razem wyrzucaliście „zbędne rzeczy” z twojego mieszkania, które czekając aż wrócisz z pracy z nudów klasyfikował. I przypominasz sobie, jak wita cię w twoim świeżo wyremontowanym mieszkaniu, z papierosem w ustach, podczas gdy ty od 3 tygodni za każdym razem jak wdrapujesz się na parapet przeklinasz dzień kiedy wybrałaś białą farbę do salonu. Po czym ignoruje twoją prośbę o palenie przy oknie, by z grubej rury zatkać ci usta  klasycznym tekstem: „Marta ja nawet nie otwieram tych szuflad, bo mnie kurwica rzuci o ziemię”. No więc wynosisz z nim te 4 kartony rzeczy na śmietnik, zastanawiając się jak to się stało skoro miesiąc temu wyrzuciłaś połowę mieszkania ? I gdy przy 3 kursie otwieracie klapę śmietnika dostrzegasz swoją ulubioną, a tak naprawdę jedyną używaną końcówkę do blendera, mierząc ojca pytającym spojrzeniem, a on na to że przecież przywiózł ci ten super robot kuchenny, więc po chuj ci blender, który i tak już wyrzucił. Ale wróćmy do wieczoru kulinarnego, gdy do końca twojego trudu pozostaje to jebane smoothie, a ty powtarzasz sobie w myślach zapewnienia ojca o substytucie w postaci robota kuchennego, który dotychczas poza ładną kompozycją z kafelkami nie pełnił żadnej funkcji użytkowej. No i znów czytasz instrukcję i chuj nie ma żadnej opcji blendowania, więc do 1:30 robisz to pierdolone smoothie końcówką do mielenia mięsa, zapominając oczywiście, że pomarańcze się wyciska, a nie mieli w całości, o czym przypomnisz sobie kolejnego dnia pijąc tą dwuznacznie smaczną miksturę, której konsystencją bliżej do weekendowych wymiocin poalkoholowych niż do tych pięknych trunków, z którymi pozuje Ewa.

I tak każdego dnia po pracy gotujesz, pakujesz i idziesz spać, a gdy jest ci źle to niech ci nawet nie przychodzi do głowy marnować kalorii na otwieranie lodówki, bo jedyne co tam znajdziesz to stos jogurtów naturalnych 0 %, 2 cukinie, których nigdy nie zjesz, bo nadal nie wiesz jak ją przygotować, bio dżem truskawkowy za 8,99 zł za słoiczek i resztę tego zajebistego smoothie z maszynki do mielenia mięsa. A po 2 tygodniach mordęgi jedyne, co schudło to twoje saldo konta po tych bio eksperymentach, które swój finał i tak znajdą w całodobowym McDonald’s na Kochanowskiego, a ty będziesz pluć sobie w twarz zachodząc w głowę: „Dlaczego nie mam mieszkania na takim bez macdonaldowym wypizdowie jak Jopa?”.

MIESZKANIE

dddMoi przyjaciele na potęgę kupują mieszkania i nie żebym widziała w tym coś złego, sama wije się z radości, że nie muszę tego robić, bo obecnie nie należy to do najprzyjemniejszych doświadczeń. Podstawowym argumentem w tej niekończącej się batalii zwolenników i przeciwników tzw. „pójścia na swoje” jest oczywiście fakt płacenia na siebie, a nie na kogoś. I w sumie jak dla mnie jest to jedyny sensowny, poza kupnem pod wynajem, argument na branie tak zajebistej okazji jaką jest kredyt hipoteczny.

Więc przychodzi ten piękny dzień, gdy wiesz, że studenckie życie to już nie twoja bajka. No i szukasz, przeglądając te wszystkie przepiękne wizualizacje biur nieruchomości i już nie wiesz czy twój raj na ziemi jest na Olimpia Port czy Róży Wiatrów, ale równie dobrze możesz przeglądać oferty Itaki, bo dojazd do Turcji zajmie ci tyle samo czasu co do tych dokurwionych dzielnic miasta. A jak już tam dojedziesz najpewniej z otwartymi ramionami przy szlabanie przywita cię umęczony ochroniarz, który robiąc dobrą minę do złej gry wie, że ma przejebane bardziej niż straż miejska, bo ją chociaż chcą zdelegalizować. On za te marne grosze siedzi w tej budzie od rana do nocy i słucha pierdolenia tych wszystkich przewlekle chorych na ból dupy lokatorów, którzy chyba zapomnieli, że poza pisaniem paszkwili na osiedlowym forum nadal istnieje tak archaiczna opcja jak zwykła rozmowa twarzą w twarz. Mimo wszystko dajesz sobie wmówić, że również dla ciebie znajdzie się miejsce w na tym idyllicznym zakątku jeszcze Wrocławia- kredytujesz, kupujesz, wprowadzasz.

Pierwsze chwile na swoim zdają się być jak te patetyczne końcówki seriali, gdy licealni przyjaciele przed wyprowadzą na studia mówią do siebie: „oto początek reszty naszego życia”. Przez pierwsze tygodnie ignorujesz wiercenie Pana Piotra spod 5, któremu szkoda było tych kilku stów na montaż kuchni z IKEI, więc gdy w ciągu dnia następuje moment gdy niestety musi podładować swoją przecenioną wkrętarkę z Lidla, zapewne da lajka postowi sąsiadów spod 8, którzy oburzeni horrendalnymi cenami za zagospodarowanie zieleni, której nie ma (chuj, że jest styczeń), będą domagać się rekompensaty od zarządcy. Pamiętasz jak mówiłeś, że lubisz dzieci? To dobrze, bo gdy Pan Piotr skończy spędzać ci sen z powiek poznasz w końcu milusińską Julkę spod 3, która nie pozwoli ci ani na chwilę zapomnieć jak zajebiście sprawdziły się zapewnienia dewelopera o ścianach grubych jak w Pentagonie.

Przychodzi wiosna, a ty jarasz się, że wykorzystasz ten taras wielkości swojego mieszkania, który miał być rekompensatą twojej towarzyskiej banicji, bo nawet JakDojadę po wpisaniu twojego adresu wyświetla komunikat „po prostu odpuść”. Postanawiasz wreszcie urządzić parapetówkę, stawiając przyjaciół pod ścianą, bo przecież nie są aż tak złamanymi chujami, żeby znów tłumaczyć się brakiem dojazdu. Wyciągasz swoje nowiutkie miseczki, szklaneczki i kieliszeczki, przy dobrych wiatrach nawet ostrzegasz sąsiadów, że może być ciut głośniej, ale przecież oni są max wyluzowani, wiedząc że też kiedyś byli młodzi. Schodzą się goście, już mocno zaprawieni, bo podróż do ciebie była bardziej wyczerpująca niż ta 2 zwrotka Tamagotchi. No i leci, pierwszy, drugi toast, a ty powoli zapominasz o ochroniarzu, Piotrze, Julce i tym osiedlowym ostracyzmie na forum, który zapewne czeka cię dnia następnego. Ochrona nie każe na siebie długo czekać, bo już kilka minut później składa ci wizytę ten biedny staruszek, który wie, że zmuszony będzie zakończyć tę biesiadę zanim nawet dojdziecie do „Dosko”, a o „Szóstym dniu tygodnia” to możecie tylko pomarzyć. Następnego ranka pamiętasz jedynie 3 z domniemanych 5 jego wizyt na imprezie, z której relację z zapartym tchem czytasz teraz na tym pierdolonym forum, gdzie pod dyskusje podłączają się nawet dotąd milczący mieszkańcy wyższych pięter, którzy idąc za tłumem postanowili ci dopierdolić, wiedząc, że twój los i tak jest przesądzony. Twoja pierwsza domówka dobiegła końca, ale nie roń łez przed tobą jeszcze 20 długich lat słuchania pierdolenia o tym jaka była epicka.

PLAN NA ŻYCIE

planTo coś, co podobno powinniśmy mieć już w wieku 19 lat, kiedy tak wspaniałomyślnie ktoś postanowił, że podejmować będziemy decyzje o kierunku, w którym podążać będzie nasze życie. W wieku przed 3 0 dochodzimy wreszcie do pełni świadomości, że nasi rodzice w ogóle nie mieli racji wpajając nam, że bez studiów nic w życiu nie osiągniemy. A te 2 bezużyteczne tytuły magistra możemy sobie razem z wydrukowaną dietą Chodakowskiej powiesić na lodówce, żeby każdego dnia pamiętać aby ich nie słuchać. W tym wieku przy dobrych wiatrach uświadamiamy sobie, że za 10-15 lat spełnianie oczekiwań rodziców będzie tak samo nietrafionym wyborem jak fryzura Wiśni na babę z ZUS-u, która kosztowała ją 500 złotych.

Z tym bagażem przemyśleń zaczynamy przypominać sobie o tych wszystkich rzeczach, których nie zrobiliśmy, bo rodzice mówili że nie warto. Bo o ile ich wyraźny sprzeciw wobec tego zajebistego tribala na stopie, był najlepszym co nas w życiu spotkało, tak fakt, że zamiast kończyć tą jebaną ekonomię mogłaś zrobić ten kurs na drona, a magisterkę zrobić z tej „totalnie nieprzydatnej” animacji wideo, jest co najmniej wkurwiający. W tym buntowniczym nastroju zaczynasz rozkminiać biznes plan swojego skazanego na sukces projektu, który przy dobrych wiatrach przekształcisz na modny startup „coś tak coś tam dot com”.

Razem ze swoimi ziomkami, których średnio raz na 3 miesiące zasypujesz takim zajebistym przebłyskiem z cyklu: „Zakładamy biznes, mam genialny plan, nie może się nie udać !”, omawiasz wszelkie przeciw, bo przy tym 12 podejściu przestają już się kampić z uświadamianiem ci, że przecież i tak nic z tego nie będzie. Jednak jakimś cudem udaje wam się ogarnąć super pomysł na biznes idealny, czyli prawne El Dorado dla młodych kreatywnych. Zakładacie spółdzielnie, zapewniając sami siebie, że to genialny pomysł, bo przecież nie będziecie płacić ZUS-u, a skala prawnie skala działalności jest tak duża, że możecie nawet zrealizować ten genialny plan z 2014 kiedy to chcieliście żeby ludzie płacili wam za bieganie z nimi po lesie i picie wutki z Tesco. Macie nawet 5- osobowy zarząd, pieczątkę i kapitał w postaci 300 polskich złotych. Macie też tą dziwną nazwę, która wymyślaliście razem w ramach burzy mózgów, a prawda jest taka, że po 5 godzinach czczego pierdolenia z serii „A może społeczniaki? Przecież mamy być prospołeczni.” wybieracie tę najlepszą, ale wciąż chujową opcję, bo macie już dość, a pociąg nawet nie ruszył. Na tym kończy się wasza praca grupowa, zaczynacie stykać się z szarą codziennością, po kilku miesiącach zapominacie, że w ogóle założyliście taki shit. Do działania zmusza was pani z urzędu, która rok później wysyła wam serdeczny list z prośbą o rozliczenie roczne i uregulowanie zaległych płatności. Kapitał spółdzielni rozpływa się na opłaty: konto bankowe, opłaty urzędowe i kary za brak dostarczenia rozliczeń w terminie. Ogłaszacie upadłość, jedyne co zostaje to niesmak i ten zajebisty fanpage z 1 lajkiem, który po pijaku dała wam znajoma, która po dziś dzień naśmiewa się z waszego przedsięwzięcia. Na te super podróże też nie masz już chęci, zwijasz się w precla i wracasz do swojej comfort zone za 3 029 zł netto na umowie o pracę.

I to jest właśnie problem z tą dorosłością- w wieku lat młodzieńczych, zamiast bawić się w prawne normowanie waszych planów po prostu zaczęlibyście to wcielać w życie… albo byście wytrzeźwieli i stwierdzili, że szkoda czasu i to też byłoby ok. Ale kto wam zabroni wpisać na LinkedIn, że byliście Co-Owner/ Board Member spółdzielni „Babka i spółka”, nikt wam kurwa nie zabroni.

TBC..

Reklamy

One thought on “Wyprawka na 30-tkę cz.1

  1. Pingback: Historia o tym, jak przestaliśmy rozmawiać | mlekonagazie

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Connecting to %s