Dlaczego mieszkanie w dużym mieście jest wk*rwiające?

giphyGdy pochodzisz z niewielkiej miejscowości na studencką wyprowadzkę czekasz tak samo zachłannie jak na Patryka Vege czekają ci wszyscy tak fantastycznie „zdemaskowani” przez niego specjaliści. Na szczęście ten tekst nie będzie o twórczości tego typa, a jeśli ktoś jeszcze nie oglądał tej najnowszej szmiry to przed polecam zapoznać się z jedną z najtrafniejszych recenzji, jaką zaserwował ASZ dziennik. Wracając do tematu- czekasz żeby w końcu wyrwać się od wiecznie kontrolujących cię starych, co to nie wiedzą, że jedzenie glutenu jest jak splunięcie pod krzyż przed pałacem prezydenckim, nie wiedzą również, że masz póki co szczerze wyjebane w to, że nie musisz martwić się budżetem, opłatami i innymi tego typu odległymi pierdołami. No więc jakoś zdajesz tę maturę, dostajesz się nawet na studia, na kierunku o którym istnieniu dowiedziałeś się szukając naprędce jakiejkolwiek uczelni, która cię przyjmie. Przeprowadzasz się, przez pierwsze kilka lat jest zajebiście- setki nowych miejscówek, nowe ziomki, nowe ksywki, świetne doświadczenia i gdzieś tam daleko ta cała edukacja, za którą cię tu przywiało. Jednak gdy skończysz studia i zostajesz w tym kilkuset tysięcznym mieście spotkań, doznań czy chuj wie czego, zaczynasz dostrzegać coraz wyraźniej, że życie tu bardziej przypomina Azję Express niż Sex w wielkim mieście.

 

Żule

 

sourceNie wiem jak w innych miastach, ale Wrocław ewidentnie obfituje w tego rodzaju rzezimieszków, którzy tylko czekają aby zaatakować cię legendarnym „kierowniczko! Poratuj dwójką…”. Bardzo lubię gdy zdarza mi się natknąć na tych „uczciwych” z serii „(…) no nie będę oszukiwał, do browarka mi brakuje”. Zajebiście, że brakuje ci do browarka, zwłaszcza, że z czasów studenckich jeszcze pamiętam, że sama piłam te browarki za 2 zł, więc jemu nie brakuje, a mam mu postawić. Czasem daje, czasem nie daje, ale jeśli taki Pan zachowuje choć odrobinę kurtuazji i ogranicza swą natarczywość, staram się być dobrą kierowniczką i wspierać tę całą menelnie. Nieco mniej uprzejmości wykazuje gdy ta cała żebracka gawiedź inscenizuje sceny z promocji w Lidlu, gdy tylko zdarzy mi się odpalić papierosa. Tutaj palenie w miejscach publicznych to samobójstwo, bo oni są jak jakaś współczesna personifikacja antycznej hydry- dasz jednemu, zaraz 4 innych zlatuje się z tekstem: „a koledze Pani dała”. I jak ten ostatni frajer dajesz im kurwa te papierosy, wiedząc że taka paczka to średnio godzina twojej pracy. A jeszcze daj Boże zapomnisz się i dasz takiemu, żeby sam wyjął sobie z paczki i ze łzami w oczach obserwujesz jak przebiera tymi swoimi brudnymi pazurami, pod którymi kolonie bakterii krzyczą już „THIS IS SPAAARTA!!!”. I wtedy cała paczka w pizdu, już wolę dawać papierosy Cegle. Najgorsi są jednak ci, co to wciskają ci głodne kawałki, że stracili prace, pojebana żona z niewyjaśnionych przyczyn wyrzuciła ich z domu i inne tego typu śmieci, na które po kilku latach przestajesz reagować. Są natarczywi, a źródeł swojego upadku doszukują się w twoim ewidentnym dobrobycie, bo wiesz- masz papierosy i pewnie ten święty Graal w postaci „dwójki”. Do zeszłego piątku byłam pewna, że doświadczyłam już wszystkich rodzajów żebractwa, ale bardzo sromotnie się pomyliłam. Tego dnia wyjeżdżałam w końcu z miasta, więc potrzebowałam zatankować samochód, pomijając fakt, że na samą stacje jechałam 40 jebanych minut, ale o tych niedogodnościach za chwilę. Podjeżdżam w końcu na tą stację, co to wszystko można tam kupić, wychodzę z auta i łapię za pistolet dystrybutora. Zaczynam nalewać i patrzę skupiona na licznik, bo w sumie jestem przed wypłatą, a luksusu zalania do pełna moje auto doświadczyło tylko raz, gdy ojciec przekazywał mi nad nim władzę. Z oddali widzę tę dwuznacznie sympatyczną postać sunącą w mym kierunku z nieodzownym atrybutem swojej subkultury, czyli reklamówką z jakiegoś dyskontu, doświadczoną życiem tak samo bardzo jak on. Czekając aż rozpocznie swój drewniany monolog zastanawiam się- co kurwa zrobiłam nie tak? Nie palę papierosa, nie mam portfela w ręce, nie siedzę bezczelnie w ogródku przy piwie ze znajomymi. W tym momencie moje dywagacje przerywa On, bo w końcu spektakl się rozpoczyna, nie mając dużo czasu, nie bawiąc się w zbędne konwenanse mówię mu od razu, że nie mam ani papierosa ani gotówki, więc mu nie pomogę. Typ jednak się nie poddaje, bo zagrywa nieznanym mi dotąd repertuarem- że mieszka w swoim starym matizie, że stracił pracę i w ogóle strasznie trudne sprawy w jego życiu. Myślę sobie, że pewnie trafił mi się taki niedzielny gawędziarz, więc składam wyrazy współczucia i dalej gapie się w licznik moich złotówek, które tu zostawię. No i wtedy on rozochocony przechodzi w końcu do rzeczy: „Poratuje Pani litrem benzynki?” i nadstawia mi tą swoją wyblakłą już reklamówkę z Aldi. Zadaje sobie w tym momencie pytanie – „Co jest kurwa? Jakiej benzynki?”. Jak widać nawet u nich standardy poszły wyżej, bo już nie dwójka a piątak prawie… ale nic- odmawiam kategorycznie mówiąc mu szczerze, że sama mam wyliczone, żeby dojechać do domu. W tym momencie wybija moja magiczna kwota 75,09 PLN, odkładam pistolet i chcę iść zapłacić, ale coś mnie tknęło… Robię kilka kroków i czekam. Gość lajtowo podchodzi do mojego dystrybutora i nalewa sobie ochoczo, już nie mojej przecenionej zwykłej 95, nie, on sobie pierdolnął na pełnym luksusie- 95 plus. Nalewa do tej swojej upierdolonej niebieskiej reklamówki, a gdzieżby indziej… I to jest właśnie urok wielkich miast, bo nie wiesz co cię spotka przy tak licznej i różnobarwnej mozaice tych wiecznie pokrzywdzonych przez los opieszałych przedstawicieli klasy żulerskiej. Wtedy właśnie przypominasz sobie o swoim miasteczku, gdzie lokalny kloszard Wiesiu w porównaniu z tą wielkomiejską „elitą” wypada jak Maclemore przy YoungMulti.

 

Studenci

 

giphy-downsized-largeNa drugim miejscy rankingu uplasowali się oczywiście studenci, zgodnie z wszechobecnym starczym pierdoleniem winnam dodać- z roku na rok coraz bardziej chamowaci, pozbawieni klasy i ambicji. I pewnie teraz jest czas na tą słynną ripostę w postaci- my też kiedyś tacy byliśmy. Niezależnie od tego gdzie leży prawda, pewne jest jedno- w każdym roczniku znajdą się przedstawiciele tej najbardziej wczutej subkultury, poczętej z Wyższej Szkoły Robienia Hałasu, do chwili obecnej zatrudnionych w Szlachta Nie Pracuje. To ten rodzaj ludzi, którzy niezależnie od wszystkiego potrafią doszczętnie spierdolić ci dzień, tak samo skutecznie jak klient Telekomunikacji Polskiej spierdolił je Panu Lebiedziowi. Weźmy choćby jedno z moich niedawnych doświadczeń, gdy szłam kulturalnie po papierosy, a że noce zarywałam nad jakimś chujowym zleceniem, przyznam, że było grubo po północy. Od 8 lat zmagam się  z wszechstronnym pospolitym ruszeniem studenciaków w mojej okolicy: dwudziestolatka, talizman, zodiak, kredka i ołówek i inne śmierdzące tanim piwem wylęgarnie studenckich przyśpiewek. No więc mijam jedną z nich, słucham muzyki, żeby choć przez chwilę nie myśleć o tym gównianym zleceniu za psi hajs #poznajomości, w które przebojowo wjebałam. I nagle podjeżdża autobus nocny linii 245, otwierają się drzwi, z nich niczym ta fontanna na pergoli, co to ją ludzie ze Świdnicy przyjeżdżają nagrywać, tryska rzyg we wszystkich kolorach tęczy. Wprost pod moje nogi. Drzwi zamykają się, autobus rusza przy akompaniamencie „PIWO! WÓDA! POLIBUDA!”, co na szczęście po chwili milknie w oddali, pozostawiając mnie w intymnej ciszy z tymi rzygowinami. Pomijając już te ciężkie chwile gdy w okolicy trwają juwenalia, a ja zamiast zapowiadanego w line upie Goorala, Jamala czy Kalibra 44 co roku pod oknem słyszę jebany „Wehikuł czasu” w  pijackim coverze jakiś samozwańczych artystów z serii: „na wszelki wypadek wezmę gitarę/ organki/ flet czy kontrabas”. Puszczając w niepamięć te wszystkie podróże ostatnią jadącą w stronę miasta dwójką z 23:32, wypełnionym po brzegi wagonem pełnym mieszkanki Erasmusów, żuli i studentów polibudy. To wszystko nic, bo serio rozumiem, że studia i najlepsze rzeczy w życiu są za darmo i w ogóle powinnam skończyć pierdolić, bo każdy ma prawo sam napisać własną historię swojej młodości. Ale na miły Bóg – na chuj wam tyle tych samochodów? Dziś kolejny raz wracałam z pracy, dla ścisłości wracałam tramwajem, bo nie jestem na tyle pojebana (nie ma innego słowa, żeby opisać to zachowanie), żeby te 5 przystanków jechać samochodem i przyczyniać się jeszcze bardziej do zakorkowania miasta, co zapewne od lat spędza sen z powiek rodowitym mieszkańcom. Wracałam do domu 45 minut, mijając sznury samochodów wypełnionych zajaranymi studentami z zimnym łokciem, papieroskiem i plecakiem dobrego humoru, na zmianę z rozgrzanymi do czerwoności ludźmi starającymi się zwyczajnie wrócić z pracy do domu. Wczoraj wieczorem czytałam w gazecie wrocławskiej list załamanej mieszkanki miasta, która ma tę wątpliwą przyjemność mieszkać przy samym kampusie Politechniki. I ta biedna kobieta każdego ranka od poniedziałku do piątku chodzi od samochodu do samochodu prosząc studentów żeby czekając w kolejce do wjazdu stali bliżej prawej, bo ona chce wyjechać. Serio takim upodleniem jest jazda komunikacją miejską, która staje na głowie żeby dojazd na uczelnie był możliwie jak najbardziej dogodny? Już nie wspomnę o parkowaniu gdziekolwiek, bo to jest taki sam ubaw jak szukanie w tym mieście fajnej imprezy, na której nie leci techno.

 

Kultura

 

giphy (3)Przyjeżdżając do Wielkiego Miasta początkowo ulegasz złudzeniu, że dzieje się tutaj tyle niesamowitych rzecz, planujesz swoje kulturalne życie, dzięki któremu wyrwiesz się z prostackiego stereotypu wiecznej bezrefleksyjnej pokurwundy. No i zaczynasz obowiązkowe wycieczki: Panorama Racławicka, ZOO, hydropolis, Afrykarium i na koniec jakiś escape room, co by sobie klawą fotkę walnąć i pokazać wszystkim jak to zajebiście dałeś radę w „pokoju babci”. Po pewnym czasie zauważasz jednak, że tak naprawdę dzieję się nic i znów więcej niczego, wciąż te same poranki z joga, wegańskie bazary smakosza, pozdro techno i odgrzewany od lat kotlet w postaci pokazów na Pergoli. Jak trafi się fajny koncert to najpewniej w Warszawie, Krakowie albo Poznaniu, w skrócie: wszędzie tam, gdzie cię nie ma. Jeśli jakimś cudem spoko artysta zawita do twojego miasta i tak nie uda ci się kupić biletów, bo zanim doczekasz się przelewu z wypłatą, wszystko będzie już wyprzedane. Znajdujesz w sieci spoko szkolenie branżowe, jarasz się, że w końcu zamiast oglądać kolejny odcinek „Rock obraża youtuberów” zrobisz coś dla swojej kariery Chuja! Organizatorzy nie będą słuchać twoich nędznych tłumaczeń, że w godzinach 8-16 jesteś akurat w pracy, bo przecież kultura też chce mieć wolne popołudnie. To może chociaż jakaś dobra weekendowa wiksa na mieście? Jesteś pełen dobrych myśli, ubierasz nowe ubrania, robisz lajtowy bifor nad Odrą, docierasz do centrum i już pod drodze mijają cię te niezmienne od lat koszule w kratę, jasne jeansy i czarne pikolaki z zadartymi czubami a’la wujek Wiesiek na weselu, u ich boku cekinowa krótka sukienka, kilkunastocentymetrowe zajebiście sprawdzające się na wybrukowanym rynku- szpilki i do tego czarna ramoneska, co by dodać dziewczynie lekki pazur. Postanawiasz po raz kolejny odpuścić Pasaż Niepolda, bo przestajesz się już łudzić, że kiedykolwiek znajdziesz tam coś ciekawego, odbijasz w lewo, na ten hipsterski zaułek, co to jego nazwy nigdy nie umiesz wymówić, zamawiasz barmana w Szajbie. Siadacie na zewnątrz i nawet przez chwilę masz myśl, żeby iść potańczyć, ale zanim dochodzisz na parkiet z Disclosure robi się Szondepol i już pierdolisz taką imprezę. O 2.00 stwierdzacie, że w sumie nic ciekawego już się nie wydarzy, więc zajrzycie jeszcze do Odra Pany i możecie spadać na chatę. Zamawiasz taksówkę, docierasz na miejsce, a tam wita cię oćpana do cna obsada hipsterki, więc po jednym piwie stwierdzasz już na pewno, że ten wieczór jest dla ciebie skończony.

 

Praca

Wielkie perspektywy, miliony możliwości i setki pracodawców czekających z otwartymi ramionami, żeby dać ci umowę o pracę, multisporta i nielimitowaną kawę z ekspresu za kilka tysięcy. A później przeglądasz, wysyłasz, chodzisz na rozmowy i wciąż zadajesz sobie pytanie: dlaczego kurwa nie zostałem/am programistą? Marzysz o kreatywnej pracy w agencji reklamowej ? Bądź spokojny, firmy budowlane już zacierają ręce na myśl o tym jak wzrośnie im sprzedaż po twoich zajebistych postach o nowej ultracichej betoniarce. Chcesz założyć własną firmę i dostać dotację? Świetny pomysł, akurat jak po kilku miesiącach uporasz się z papierologią i zadowolony przyjedziesz do urzędu, dowiesz się, że skończył się hajs, bo rząd trochę poniosło, a przecież nie zabiorą ludziom 500+ na ich miliusińskich. No i tak się kręci wszystko, jak to mówią – 1300 i umowa o dzieło, bo już mam 3 Ukraińców na Pana miejsce.

 

No i poszło, a jutro znowu karuzela śmiechu zacznie się od nowa. I powinnam pewnie dodać jak ten Rock w swoich filmach wyjaśnienie, że to tak tylko wiecie- pstryczek w nos, że jak w piosence Heya kocham mimo wszystko, ale w sumie jebemnato.

 

Dobranoc oraz serdecznie!

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Connecting to %s