Stulatek, który zrujnował Oscary

2017-02-27t052551z-970068865-hp1ed2r0f3244-rtrmadp-3-awards-oscarsOglądając dzisiejszą galę byłam trochę zaniepokojona, bo w sumie to była najnudniejsza i najmniej widowiskowa transmisja, przez którą przyszło mi zarwać noc. Jedynym zabawnym elementem, był uzależniony od Snapchata Gary, który wraz ze swoją narzeczoną przypadkiem wpadł na galę, bo tak go prześmiesznie sprankował Jimmy Kimmel. Tak było do 6:10, kiedy to podstarzały Warren Beatty poświęcił się niczym Marian Krzaklewski i sprawił, że to rozdanie zapewne wpisanie zostanie na czarną listę największych pomyłek Hollywood.

Ale zanim podejmę się spiskowej dywagacji na temat tego czy akcja Pana Beatty była nieudolnie zaplanowanym sabotażem czy też po prostu nieszczęśliwym skutkiem rad stylisty, który powiedział mu że lepszym dzikiem będzie bez okularów. Zanim to wszystko, musicie wraz ze mną przebrnąć przez ten festiwal przewidywalności, który na szczęście nam Polakom co roku wynagradza tak samo zjebane studio oscarowe Canal+.

Całe to tegoroczne przedsięwzięcie Oscary zapowiadało się całkiem nieźle- bo filmy na spoko poziomie, bo w końcu ktoś wpadł na genialny pomysł, żeby do polskiego studio zaprosić nie fatalnie nieskalaną myśleniem Wendzikowską, lecz sprawdzoną boginie festiwali filmowych, czyli Grażynę Torbicką. No i cały ten Jimmy Kimmel wydawał się znośnym wyborem, choć osobiście skrycie liczyłam, że to będzie jednak nie ten, a ten wirtuozerski władca sobotniej nocy, czyli Jimmy Fallon.

Jednak gdy o 1:00 zarwała się kanapa Damiana, która była już drugim nietrafionym meblem salonowy na raty, mogłam zrozumieć, że los wysyła nam sygnały. Mimo wszystko ta cała akcja rozbawiła mnie na długie kwadranse, więc trochę uśpiło to moją czujność. I gdy kończyliśmy oglądać tych debili z Warszawy, co to wyjechali do Zakopanego, co by znów nieśmiesznie się napierdolić, odczułam ulgę gdy zobaczyłam Torbicką tak bardzo na swoim miejscu.

Galę tradycyjnie otworzyły bardzo irytujące spekulacje, tym razem peany pisały się same na cześć tego totalnie umęczonego „Manchestrer by the sea”, a wszystko przy miłym i całkiem dobrym akompaniamencie podróbki „Happy” w wykonaniu Timberlake’a. Po chwili na scenę wszedł host tego zamieszania, który swym monologiem w najmniejszym stopniu nie dorównywał Billy’emu Crystalowi czy Ellen DeGeneres, pokuszę się nawet o stwierdzenie że nawet zmagający się z pretensjami czarnych zeszłoroczny Chris Rock był od niego lepszy. I niby podśmiechujki z Matta Deamona i heheszkowe tweety do Donalda Trumpa były całkiem zabawne, ale w sumie jakoś to wszystko było na kolanie, żeby było. Zaznaczę w tym miejscu, że w tym roku całość przebiegała bardzo szybko, sama gala skończyła się godzinę wcześniej niż w latach poprzednich i niby fajno, bo zdrowie już nie to, żeby na lajcie siedzieć tu do 7:30. Jednak z drugiej strony to są Oscary, których magia ma się wydobywać niezależnie od godziny czy ilości wypitej kawy, a w tym roku Akademia rozegrała to jak ten korpo szczur co to płakał jak chellengował- szybko, szybko targetujemy. Wracając jednak do prowadzącego to poza wspomnianym wcześniej prankiem, z karykaturalnym, lecz uroczym Garym z Chicago, nie pokazał ani nic ciekawego ani tym bardziej nowego.

Zgodnie z przewidywaniami tematem przewodnim była gwałcona przez Donalda Trumpa wolność, w której imię Meryl Streep tak burzliwie przemawiała w tym roku zarówno na Złotych Globach, jak i podczas konferencji prasowej dotyczącej praw człowieka. Aktorka jest obecnie przewodnikiem stada, adorowanym zarówno przez miliony fanów kina, jak i całe grono swoich branżowych kolegów, co widać było zwłaszcza dziś, gdy witana przez Kimmela otrzymała owacje na stojąco od całej sali. Jedna dziś powstrzymała się od jakiegokolwiek bezpośredniego lub nawet pośredniego komentarza, ograniczając się jedynie do zabawnej przepychanki słownej wokół słynnego „most overrated actress”.

Jednak mimo całej goryczy Hollywood, wieszającego psy na nowych prezydencie, same rozdania przebiegały w atmosferze sprawiedliwych wyborów, które nie szokowały ani nie gorszyły ani widzów ani uciemiężonym mniejszości, co to rok rocznie domagają się rekompensaty za dawne krzywdy. Najlepszy aktor drugoplanowy- fantastycznie zapadający w pamięć Mahershala Ali, którego imię i nazwisko sprawia, że bardzo cieszę się, że operuje słowem pisanym a nie mówionym.  Jeśli chodzi o aktorkę drugoplanową to po cichu liczyłam, że to jednak będzie ta krnąbrna Octavia Spencer, co tym razem zamiast tarty z tajemniczym składnikiem zafundowała nam bardzo dobrze zrealizowany hołd na cześć czarnoskórych pracownic NASA. „Ukryte działania” to dla mnie film nominowany w bardzo niefortunnych okolicznościach konkurencji, bo to naprawdę świetnie zrealizowane kino- bez zbędnego patosu, bez martyrologii, z nutką optymizmu, pokrewny klimatem z fenomenalnymi „Służacymi”. Mimo wszystko zginął wśród mocnej, lecz niekoniecznie lepszej konkurencji, która nie pozwoliła i chyba już nie pozwoli zabłysnąć mu w pełnej okazałości. Mimo wszystko nagroda dla Violi Davis za kreacje w „Fences” nie była ujmą na honorze tej kategorii, bo sama aktorka swój warsztat opanowała do perfekcji, więc niech ma.

Po tym rozdaniu nastąpił powrót do polskiego studia, gdzie poznaliśmy blondwłosą Panią, która okazałą się jeszcze większym wrzodem na dupie niż Wendzikowska. Grażyna miotała  się ze znaną sobie gracją, lawirując na krawędzi powiedzenia jej w twarz: „Co ty pierdolisz?”. Jednak kodeks damy jej na to nie pozwolił, więc starała się subtelnie naprowadzić wiecznie niezadowoloną, a czasem wręcz agresywną współprowadzącą, na właściwy tor. Jej jednak bliżej było do znudzonego życiem syna Ropuchy niż eksperta w dziedzinie kinematografii, bo krytykowała, jak ci opłaceni hejterzy tej partii Pana od Kotów. Nie rozwodząc się jednak zbytnio nad nadal kulejącym studiem Canal+ – nadal życzę sobie spełnienia marzeń w postaci Tomasza Raczka i Grażyny Torbickiej. Kończąc polskie akcenty wspomnę jeszcze o bardzo urzekającym ukłonie Akademii w stronę ś.p. Andrzeja Wajdy, który paradoksalnie należne honory otrzymuje od przyjaciół zza oceanu, bo w polskiej odklejonej telewizji publicznej nie ma na co liczyć.

Przedstawiając po krótce przebieg rozdań: blichtr faworyta tegorocznej gali, czyli filmu „La la land” wraz z kolejnymi ogłoszeniami, sukcesywnie blaknął. Oczywiście w kategoriach muzycznych nie miał sobie równych, lecz poza reżyserią, zdjęciami i najlepszą kobiecą rolą pierwszoplanową nie udało się ugrać nic więcej, a tym bardziej pobić upragnionego rekordu „Titanica”. Nagrody za najlepszy scenariusz oryginalny i adaptowany kolejno zdobyli: „Manchester by the sea” i „Moonlight”. I znów wspomnieć muszę o wielkim zawodzie, jakim jest tylko jedna statuetka w kategorii najlepszy montaż dźwięku, dla genialnego „Nowego początku”. To kolejna produkcja, która zginęła w tegorocznej przepychance 3 faworytów. Jednak jestem w stanie mimo wszystko wbrew blondwłosej Pani z polskiego studia, z czystym sumieniem zaakceptować werdykt Akademii.

W okolicach godziny 6.00 liczyłam, że to nieobecna Natalie Portman dopisze sobie jeszcze jeszcze jedną złotą statuetkę do swoich aktorskich osiągnieć, bo bezbłędnie odtworzyła najbardziej uwielbianą w historii pierwszą damę Ameryki. Jednak Oscar powędrował do wychudzonej Emmy Stone, która podobnie jak wszyscy widzowie, nie spodziewała się, że chwilę później będzie zamieszana w dziwną wpadkę Warrena Betty, który ogłaszał wyniki w kategorii najlepszy film. Przechodząc do najciekawszego epizodu tej nocy, muszę przyznać, że ten podstarzały typ od początku jak wszedł na scenę z tą kopertą i próbował zawadiacko grać na zwłokę z ogłoszeniem werdyktu, od początku wydał się śliski. Po pierwsze to nie są kurwa „Milionerzy” żeby po otworzeniu koperty robić jakieś clifhangery, po czym oddawać kopertę swojej współtowarzyszce, po czym znów ją wziąć i wreszcie ogłosić wynik. I o ile tą jego dwuznacznie śmieszną zabawę można jeszcze jakoś zrozumieć to nie potrafię pojąć jak bardzo trzeba być ślepym lub głupim, żeby źle przeczytać wyniki. I tak na scenie wylądowała ekipa „La la land”, producent zaczął wygłaszać już swoją mowę dziękczynną, ale stojący na scenie za jego plecami pozostali twórcy produkcji dawali po sobie poznać, że coś jest nie tak. Zrobiło się dziwne poruszenie, a po chwili ten sam biedny producent ogłasza, że to nie są ich nagrody, lecz statuetki należą się filmowi „Moonlight”. Taka wtopa nie zdarzyła się nigdy w prawie 90 letniej historii nagród AFF, więc przerażenie hosta jak i obecnych na sali gwiazd było widoczne gołym okiem. Sytuacje starał się uratować Jimmy Kimmel, ale było już za późno, bo po całej sali zdało się słyszeć podświadome „WTF? Przecież to niemożliwe”. No i to prawda, nie jest możliwe złe odczytanie wyniku z kartki, bo nawet ślepy dziad wizualnie odróżni jednowyrazowe „MOONLIGHT” od trójwyrazowego „LA LA LAND”. Jednak Warren Beatty postanowił do końca grać nieogarniętego wujka Zbyszka, co jest absurdalne, bo aktor na gali oscarowej był już dziesiątki razy. Tłumaczył się tym, że niby miał jeszcze w kopercie kartkę z werdyktem w kategorii najlepsza aktorka pierwszoplanowa, tylko te kartki zawsze uznaniowo oddaje się laureatom, a poza tym śmiem podejrzewać, że nawet gdyby ta nieszczęsna kartka rzeczywiście została przekazana mu omyłkowo to byłoby na niej napisane EMMA STONE, a nie tytuł filmu. Trochę to wygląda na nieudolnie przeprowadzony sabotaż, lecz sensu dociekać nie ma, bo pewnie zrobią to te wszystkie media, którym palą się teraz klawisze, gdy łapczywie przelewają spiskowe myśli do edytora tekstów. Dziadzia bardzo niefortunnie trafił z omyłką, przypadkowo pozbawiając nagrody czarnoskórych twórców na rzecz składu „La la land”, który no nie oszukujmy się – była cały biały. Więc posądzenia o rasizm Warren Beatty ma w kieszeni, a sprawa robi się jeszcze bardziej ciekawa, bo „Moonlight” to film z wątkiem homoseksualnym, więc trafiła mu się dwuznacznie atrakcyjna wielosztuka dramatu.

Na koniec dodam, że nawet pomijając ten przykry incydent w finale, Oscary zdają się coraz bardziej przypominać imprezy w Bezsenności, na których kiedyś bawiłeś się do białego rana, a dziś idziesz i w sumie wstyd ci przyznać, że jest chujowo.

 

Dobranoc oraz serdecznie

 

 

Reklamy

One thought on “Stulatek, który zrujnował Oscary

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s