Oscar spodziewany

osacryJest chwila po 7.00,  a ja wciąż w głowie mam słowa DiCaprio, który nareszcie po 5 bezowocnych nominacjach odbierając statuetkę, opowiada o trudach kręcenia „Zjawy” w czasach, gdy tak ciężko znaleźć śnieg. I teraz patrzę za okno i myślę sobie: Amerykanie tak samo nieudolnie szukają śniegu, jak nagradzają trafione role. I może powinnam poczekać z tym rozwinięciem do części właściwej, ale pomimo faktu, iż Leonardo to moim zdaniem ścisła czołówka aktorska, nie mogę przestać zadawać sobie pytania : „Dlaczego za ten chujowy film?”.  Podzielił los swojego mentora Martina Scorsese i o dziwo nie przewidziała tego Kinga Rusin w swych błyskotliwych przedoscarowych dywagacjach, lecz w sumie trochę ja sama dokładnie 2 lata temu.  Ale zacznijmy od początku.

Po pierwsze od 3 lat obiecuje sobie, że nigdy więcej nie będę oglądać tego gównianego polskiego studia Oscarowego, bo wybór hostów zdaje się być tak samo przypadkowy jak powód, dla którego tym razem czarnoskórzy będą uciemiężeni. No, ale robię to co roku i jeszcze w czasach, gdy studio należało chociaż w połowie do pana Raczka, to miało jakiś minimalny sens. Lecz ostatnie 2 rozdania w postaci kompetentnego nawet Hrapkowicza, który przyćmiony zostaje przez nic niewnoszące pseudo błyskotliwe komentarze Wendzikowskiej, to totalna katastrofa. Jak widać i w tym wypadku nazwisko jest nieprzypadkowe, bo typiara już 2 rok z rzędu napierdala autoroast. Pozwolę podzielić się kilkoma smaczkami z roku 2016.

  1. Pierwsze kilka rozdań za nami i w sumie warto by to skomentować, a przecież najlepszą uwagą jest fakt, że Panowie laureaci są „tacy słodcy, bo wszyscy dziękują swoim żonom”.
  2. Nagrody za najlepszy aktorski film krótkometrażowy to według niej nagrody na zachętę, żeby twórcy zdecydowali się na dłuższy metraż.
  3. Rozmowa na temat Christiana Bale’a i słynnego nagrania, na którym ostro wyzywa jednego z członków ekipy filmowej – historia przytoczona przez Panią Annę w kontekście dlaczego w tym roku Bale nie zasługuje na Oscara. Jak widać dlatego, że zdarza się mu być niemiłym, ale Ania szybko się rehabilituje i stwierdza, że w sumie nie jest taki zły, bo przecież nie zjebał reżysera, a ( uwaga cytat) „kogoś mało istotnego, jak dźwiękowiec”.

Naprawdę muszę przyznać, że Pani Wendzikowska odwaliła kawał solidnego researchu przed przyjściem do studia i jest najlepszym przykładem osoby na właściwym miejscu.

Do tego doszła jeszcze ta cała afera z Afroamerykanami, chociaż w sumie nie wiem czy to jest do końca aprobowane określenie, ale niech jest, że zaryzykuję. Strajki i bojkot, bardzo dużym echem odbił się w mediach, a wszystko dlatego, że w tym roku nikt nie stworzył fantastycznie umęczonego filmu, w którym czarnoskórzy magicy sztuki filmowej mogliby zabłysnąć.  I tak właśnie już od czerwonego dywanu, co by ich zadowolić  w każdym możliwym kadrze był czarny- za kulisami, na scenie, na widowni, na balkonie. Prowadzący też był ich, ale poradził sobie całkiem nieźle, jego zachowany w standupowym stylu monolog, naprawdę był w punkt. Jednak Chris Rock jest trochę do mnie podobny – gdy raz uda mu się dowcip, będzie go powtarzał do obrzygu. Tak też przy każdej okazji, gdy tylko miał głos, nie szczędził sobie podśmiechujek z jego uciemiężonych pobratańców. Przyznać muszę, że totalnie nie rozumiem o co cały ten szum, bo nie tak dawno, a zaledwie 2 lata temu „Zniewolony” zgarnął z oscarowego stołu wszystko co możliwe, a do tego w międzyczasie mieli jeszcze „Służące”, „Kamerdynera”, „Selmę” i bardzo dobrze przyjętą rolę naturszczyka w „Kapitanei Phillipsie”.  Doskonałym podsumowaniem całej tej absurdalnej chryi była sonda Chrisa Rocka z oburzonymi Afroamerykanami, którzy doskonale wiedzieli, że czarni nie mają nominacji w żadnej kategorii, gorzej było już u nich z wymienieniem czegokolwiek nominowanego.

No, ale nic, lecimy dalej. Na pierwszy rzut poszły statuetki za scenariusz i tutaj bardzo słusznie moim zdaniem, laureatami zostali twórcy „Spotlight” i „Big Short”. To dwie najmocniejsze pozycje filmowe tego roku, czego nie powiem o umęczonej „Zjawie”, która nie zachwyca niczym więcej jak zdjęciami. To jeden z tych filmów, które mój ojciec kupi na DVD żeby przed kolegami szpanować swoim zajebistym zakrzywionym telewizorem, ale nigdy w sumie go nie obejrzy, bo jest w chuj nudny.

Najlepsza aktorka drugoplanowa dla Alici Vikander nie była chyba dla nikogo specjalnym zaskoczeniem, w przeciwieństwie do nagrody dla najlepszego aktora drugoplanowego. Bardzo mocne rozdanie, mimo to Christian Bale wydawał mi się pewniakiem, a jeśli nie on to Mark Ruffalo, nigdy jednak nie stawiałabym na niepozornego Marka Rylance w roli sowieckiego szpiega. Nagroda w sumie zasłużona, lecz nie przy takiej konkurencji.

Kategorie techniczne, kostiumy i scenografię słusznie opanował „Mad Max” i do momentu nagrody za zdjęcia można było wróżyć tej produkcji małą powtórkę z „Powrotu Króla” czy „Titanica”. Jednak zarówno Akademia, jak i wszyscy na sali wiedzieli, że tę nagrodę w kieszeni dawno miał Emanuel Lubezki. I to by było na tyle w kwestii przysługujących „Zjawie” statuetek.

Aktorka pierwszoplanowa również bezkonkurencyjna Brie Larson za fantastyczny „Pokój”. W kwestii tego filmu chyba wiele osób zastanawiało się dlaczego młodociany partner Brie nie został nominowany w kategorii najlepszy aktor pierwszoplanowy. Ta naprawdę niesamowita rola, zbudowana przez dziecko, zasługiwała chociaż na małą aprobatę w postaci nominacji. Jednak w tym roku chyba nie było miejsca na tego rodzaju kurtuazje i logikę, bo cały świat od wielu miesięcy czekał tylko na ogłoszenie wyników w tej kategorii. Gdy Juliane Moore wyczytała nazwisko DiCaprio cała sala wstała. Nie dlatego, że rola umęczonego gościa w „Zjawie” była tak zjawiskowa, bo nie była. Nie dlatego, że była to najlepsza rola Leonardo, bo nie była. Myślę, że jakby statuetkę przyznano komukolwiek innemu nominowanemu w tej kategorii to laureat dobrowolnie zrzekł by się nagrody na rzecz DiCaprio. Gość po prostu został tyle razy pominięty, że tą nagrodę powinien dostać za całokształt. I ta właśnie ulga i niewypowiedziane „NARESZCIE” , podniosła z krzeseł wszystkich obecnych tego wieczoru w Kodak Theather. Ta sytuacja powinna mieć miejsce 2 lata temu, gdy DiCaprio rolą Jordana Belforda osiągnął aktorski Mount Everest.

A gdy Leo schodził ze sceny z upragnionym Oscarem, wszyscy zdawali się mieć już podświadomie wyjebane na tą podobno najważniejszą kategorię, jaką jest najlepszy film. Jednak musieli jeszcze chwilę pobić brawo dla fantastycznej ekipy „Spotlight”, bo co by nie mówić, oni na tę nagrodę zasłużyli bardziej niż DiCaprio na swoją ( w tym roku).

Na koniec dodam, że to pierwszy od bardzo dawna rok, gdy nie targają mną żadne skrajne emocje- gala całkiem znośna, laureaci całkiem trafieni, polskie studio jak zwykle chujowe.  Z tymi Oscarami jest trochę jak sylwestrem – nastawiasz się na zajebistą wiksę, a w rzeczywistości kończysz na znośnej domówce.

 

Reklamy

One thought on “Oscar spodziewany

  1. Nareszcie ktoś opisał dokładnie to co czuje w stosunku do tego Oscara. Trochę mi nawet szkoda DiCaprio, bo uważam, że mimo wszystko wcisnęli mu trochę tę nagrodę na siłę – bo już tyle razy go pominęli, bla bla – no ale nie jestem do końca pewna, czy rzeczywiście ma z tego filmu tak dużo satysfakcji, czy nie ma wrażenia, że dostał Oscara, bo już musieli mu go dać w końcu – tym bardziej, że pojawiało się milion opinii, że Zjawa to film nakręcony po to, żeby DiCaprio mógł dostać Oscara. Zdaje mi się, że miałby więcej satysfakcji z nagrody w innej kategorii – np za całokształt – chociaż na to jest chyba jeszcze za młody albo gdyby dostał statuetkę za rok – za jakiś inny, lepszy film.

    Polubione przez 1 osoba

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s